Mała, w ramach zaległego prezentu urodzinowego, dostała nowego bojownika. Ze względu na to, że w sklepie była również Ola i ona też poprosiła o rybkę kupiłem i jej małe akwarium, roślinkę, żwirek...
No, ale Ola jest chyba jednak za mala na własne zwierzątko, które nie potrafi się jeszcze bronić. Wieczorem rybka już nie żyła, bo mimo kilkukrotnego przypominania i klapsa w tyłek Ola wyjęła rybkę z akwarium...
Jakoś przeżyłem ten tydzień. Oferty przygotowane, jedne wysłane, inne czekają na odpowiedzi klienta. Pod koniec tygodnia czeka mnie wypad do Gdańska i Elbląga, w kolejnym tygodniu wypad do Wawy, a potem wyjeżdżamy z Ewą do Amsterdamu.
Nie znoszę robić planów sprzedażowych. Bo kurna w Polsce planów się nie da zrobić. Zwłaszcza jak klienci potrafią powiedzieć "coś mamy zaplanowane na koniec roku, ale nie wiadomo za ile i dokładnie co weźmiemy". A na początku roku uwielbiają mówić: "na razie nie mamy zatwierdzonych budżetów, nic nie wiemy". Albo na przykład pewien istotny dla mnie przetarg przesuwa się już od końca 2010 roku (sic!) i nie wiadomo kiedy wyjdzie.
"Bądź bohaterem we własnym domu" wołają reklamy jednej z sieci marketów budowlanych.
A ja właśnie skręciłem nowe meble do pokoju Oli, poprawiłem schody... na razie nie wziąłem się za pozalepianie dziur w ścianach pokoi dziewczynek. Ale muszę.
W końcu przyszło ocieplenie... ale najpierw zima rzuciła się do ataku. We wtorek i środę (a może i poniedziałek.. nie pamiętam) pierwsze tak duże opady śniegu tej zimy zablokowały Polskę. W związku z tym postanowiłem przyspieszyć swój wyjazd do Wawy i zamiast w czwartek rano ruszyć w środę popołudniu. Musiałem jednak poczekać na Ewę, która w tym dniu też wracała z Wawy do domu.
Ewa ruszyła z Wawy przed 12.00... Jednakże Wawa była w tym dniu wyjątkowo zakorkowana bo było ok. -4 stopnie więc zrobiło się ślisko. Z kolei we Wro w tym samym czasie było ok. zera więc była chlapa.
Ewa wracała... wracała.... wracała... w sumie przez 12 godzin (dwanaście godzin)! W tym 3 godziny stania na obwodnicy Sycowa bo debile z tirów zaoszczędzili na zimowych oponach i zatkali drogę.
Z powodu spóźnienia Ewy ja wyruszyłem dopiero ok. 20.30... ale w Wawie byłem dopiero ok. 3.00. Po odwiezieniu kolegi do hotelu dotarłem do rodziców u których byłem ok. 3.30. Rano pobudka ok. 7.30, śniadanie, wyjazd na spotkanie z klientem (który nie dotarł bo coś mu wypadło), potem popołudniowe seminarium, spotkanie biznesowe i wyjazd do Wro po 17.00. Tym razem wracałem tylko 6 godzin..
Od wczoraj jest powyżej zera (nawet 7 stopni!), w weekend padał deszcz, śnieg topnieje. Mokro.
Ewa właśnie jedzie do Wawy - w nocy temperatura spadła poniżej zera i to co było mokre zrobiło się śliskie...
Po cholernie mroźnej pierwszej połowie lutego wreszcie jest cieplej. Jeszcze bodajże w niedzielę temperatura w nocy wynosiła -18 stopni (w ciągu dnia -12 stopni). Teraz już tylko -6 stopni, a w ciągu dnia było -1.
W zbiorniku gazu jest już tylko 40 procent (minimalnie może być ok. 20%), a jeśli chodzi o drewno to zużyliśmy połowę. Chociaż zima nie była (za wyjątkiem ostatniego miesiąca) specjalnie zimna to przede wszystkim sezon grzewczy zaczęliśmy już bodajże we wrześniu kiedy pojawiły się nieprzyjemne chłody.
Przede wszystkim MUSIMY lepiej docieplić dom, a nawet zaczęliśmy myśleć o dołączeniu drugiego pieca - dla odmiany na węgiel ekogroszek.
Główna przyczyna wyboru gazu - czyli moje problemy z kręgosłupem już dawno zniknęły, a na pewno taki piec jest dużo tańszy w eksploatacji niż ten gazowy.
Sąsiad nawalił i nie zrobił nam porządnego docieplenia dachu (i remontu domu przy okazji). W największe mrozy u Małej w pokoju zrobiło się naprawdę chłodno - a wiało głównie od pęknięć w płycie karton-gips przykrywającej murłatę i ogólnie od zimnych ścian. Mała zwróciła mi uwagę właśnie na te powiewy chłodnego powietrza więc wpadłem na pomysł wywiercenia otworów w tej płycie i wstrzyknięcia pianki montażowej (jako uszczelniacza) przez nie na murłatę.
Jak zwykle chwilę mi to zajęł zanim to zrobiłem, ale... udało się! Pokój Małej przestał być lodówką. Teraz to samo muszę zrobić w pokoju Oli.
Ale tak czy siak od remontu docieplenia nie uciekniemy.
Pierwsze dni w nowej klasie były dużym sprawdzianem dla Malej. Nie ze względu na relacje z kolegami - bo te akurat są pozytywne, ale ze względu na naukę.
I niestety znów okazało się, że Mała nawala. Doprowadziła tym Ewę (i mnie również) do szału - tak, że dostała od Ewy bardzo metodyczne lanie pasem plus szlaban na telewizor i komputer.
Otóż - zaraz na początku Mała miała tzw. "sesję" z matmy - czyli egzamin z całego semestru. Byliśmy przekonani, że poradzi sobie z tym skoro pojechała do babci (nauczycielki - matematyczki) na całe ferie i w tym czasie opowiadała nam jak to jest na "obozie matematycznym" (co nas radowało bo co by nie mówić o rodzicach Rybka to fajnie, że są nauczycielami).
Gówno prawda. Babci opowiedziała o tym, że musi tylko poćwiczyć geometrię (którą zresztą dopiero liznęli na koniec półrocza) i przez dwa tygodnie bawila się zamiast uczyć algebry.
Ze sprawdzianu dostała 2+. Dobrze tylko, że przyznała się od razu jak dostała ocenę i wyjawiła jak to było naprawdę z feriami.
Druga sprawa - Ewa poprosiła Małą o kartkę z ocenami. Mała od początku semestru znów nam tłumaczy, że niewiele jej zadają. I co? Bzdura. Prawie ze wszystkich przedmiotów miała nieprzygotowanie (choć podobno głównie dlatego, że nie zabiera zeszytów), dwie jedynki i dwa plus (z sesji z matmy). Teraz zebrała trochę lepszych ocen.
Dzisiaj znowu... wróciłem popołudniu, potem odebrałem Olę z przedszkola. Potem obejrzałem trochę TV... Mała w tym czasie teoretycznie się uczyła. W praktyce... kiedy wieczorem sprawdziłem - to nie potrafiła odpowiedzieć na proste pytania, a w dodatku miała nieodrobione lekcje.
Wczoraj mieliśmy spotkanie firmowe podsumowujące ubiegły rok. Nie było źle - mogło być lepiej. W czterech kategoriach dostałem pierwsze miejsca i za to dostałem nagrodę w postaci kamery cyfrowej.
Dostałem pismo z sądu... Anka chce podwyższenia alimentów.
W najbliższych dniach mam przygotować kilka dużych ofert. W tym jedną na jutro - nie mam siły.
To co się działo wczoraj popołudniu, a potem przeciągnęło się do późnej nocy to był po prostu horror.
To był ostry, skoordynowany atak grypy jelitowej - bardzo ostry i bardzo skoordynowany. W trójkę - tzn. Ewa, Mała i ja - na zmianę dopadaliśmy do muszli klozetowych bądź umywalek by wymiotować lub się załatwić.
Rzadko się zdarza żeby sraczka prawie straciła kolor, a wymioty nie miały smaku wymiotów, ale... herbaty rumiankowej z cukrem, którą piłem pół godziny wcześniej. Zresztą z tego powodu ograniczałem spożycie płynów bo wszystko przeze mnie równo przelatywało, albo się cofało.
Małej zdarzyło się dwa razy zwymiotować w trakcie snu, więc konieczna była zmiana pościeli i sprzątanie łóżka i podłogi, a mi przydarzyło się puszczenie zwieracza...
Do tego Olka, która za Chiny ludowe nie mogła zrozumieć, że wszyscy jesteśmy bardzo chorzy... No może nie do końca - sama się rozebrała i położyła spać.
Dzisiaj wszyscy odpoczywamy w domu. Grypa jelitowa jeszcze trochę o sobie przypomina, ale przede wszystkim jesteśmy potwornie zmęczeni, rozbici i nie mamy siły na nic.
Rzadko piszę o tym co się dzieje w Polsce - zresztą celowo. Ta sprawa jednak jest wyjątkowa - bo mocno nagłośniona w całej Polsce.
Otóż od półtora tygodnia Polska żyła porwaniem półrocznej Madzi z Sosnowca. Matka twierdziła, że jakiś mężczyzna za nią szedł, uderzył ją w głowę, a kiedy odzyskała przytomność dziecka już nie było w wózeczku. Potem były głośne apele, konferencje prasowe, sporządzanie portretów pamięciowych, łzy, błaganie o oddanie dziecka, zaangażowane wszystkie możliwe służby - włącznie z rozesłaniem zdjęć do różnych krajów Europy z którymi są podpisane specjalne umowy. Do tego doszły pretensje dziennikarzy do ministerstwa spraw wewnętrznych (a nie pamiętam jak oni się teraz nazywają po zmianach) o to, że nie został uruchomiony specjalny system alarmu związany z porwaniami o zaginięciami dzieci itd itp...
Po prostu niesamowita szopka.
Wczoraj, a właściwie przedwczoraj w nocy okazało się jednak, że dziecko nie żyje... I nie zostało porwane przez nieznanego sprawcę. Matka powiedziała, że Madzia wyśliznęła jej się z kocyka, nieszczęśliwie upadła na próg i zmarła, a matka w szoku schowała ciało dziecka...
Dzisiaj ciało zostało odnalezione, a matka zatrzymana.
Mój komentarz
Ja nie wiem jak było. Wiem, że dziecko może się wyśliznąć z rąk, ale wiem również, że dzieci mocno trzymają się przy życiu. Mania spadła mi najpierw na głowę a potem na plecy z wersalki na podłogę gdy była maluteńka i nic się nie stało; Olka przecież mając niewiele ponad rok spadła mi ze stołka w łazience (stojąc przy umywalce) i uderzyła głową o kant brodzika kabiny prysznicowej - miała głęboko rozciętą skórę (pewnie widziałbym czaszkę gdybym tam zajrzał), wyła z płaczu, ale skończyło się na bliźnie na czole; ja również wypadłem na głowę z wózeczka mojej mamie na chodnik i to podobno ze dwa razy i żyję (a to czy jestem normalny czy nie to już inna sprawa). Takich przykładów są tysiące.
Oczywiście możliwe jest, że to był nieszczęśliwy wypadek, ale również możliwe jest, że matka w chwili jakiejś wściekłości potrząsnęła czy wręcz.. rzuciła Madzią - cholera wie.
Mnie tylko dziwi, że matka natychmiast nie poleciała z Madzią na pogotowie bo to pierwszy naturalny odruch gdy stanie się wypadek. Jeśli nie wezwała karetki to może jednak przestraszyła się, że ktoś może ją o coś oskarżyć... czyli może jednak nie miała czystego sumienia?